czwartek, 6 marca 2014

                                       I
                               St. Anthony

 Ten dzień zaczął się źle. Bardzo źle. Wręcz fatalnie. Niebo było białe. Nienawidzę gdy niebo jest białe. Lubię gdy jest szare, błękitne, granatowe, pomarańczowe, fioletowe ale nie białe. Białe niebo mnie przeraża. Jest dziwne. Nienormalne. Tylko dzieci lubią rzeczy nienormalne. Normalność je nudzi. Gdy ludzie są dziećmi czekają tylko aż stanie się coś niezwykłego. Czekają aż aktywują im się moce, znajdą przejście do innego świata, poznają jakąś magiczną istotę. Dorośli ludzie wręcz przeciwnie. Jeśli stanie się cokolwiek nienormalnego zaczynają się tego bać i próbują to zniszczyć.
  
 Grace powoli wyczągała się z łóżka. W domu wszyscy już wstali. Zawsze długo spała. Najchętniej w ogóle by się nie budziła. Najprzyjemniejsze było dla niej to uczucie gdy nic się jej nie śniło. Jesteś otoczona przez nicość. Nic nie ma. Ciebie też nie. I wszystko jest takie proste.
 Po jej ciele spływała ciepła woda. Rozluźniało to jej mięśnie i sprawiało że jeszcze bardziej chciało jej się spać. Ale nie miała już na to czasu.
- Ech - westchneła. Dzisiaj zaczyna się szkoła. Szkoła. Czy przez te tysiące lat nikt nie mógł wymyślić lepszego sposobu edukowania młodzieży? Stres i strach jako środki wychowawcze to chyba nie najlepszy pomysł. Poza tym ta szkoła Grace była podejrzana. Na początku wakacji dostała list od jakiejś prywatnej, prestiżowej szkoły niewiadomo skąd. Nie miała jakiś świetnych wyników w nauce więc pomyślała, że to jakaś reklama i wyrzuciła go do śmieci. Jednak jej mama go znalazła i od tamtego czasu zachowywała się jakby Grace była jakimś wybrańcem losu. Gdy dziewczyna próbowała jej wyjaśnić, że nie pociąga ją wizja uczęszczania do szkoły pełnej rozkapryszonych, bogatych snobów, mama nawrzeszczła na nią i powiedziała, że Grace nie może przegapić takiej okazji:
- Kochanie, wstałaś? - krzykneła mama dziewczyny wybudzając ją z rozmyślań. Sprawdzała czy Grace nie uciekła. Dyiewczyna rzuciła tęskne spojrzenie w stronę lasu. "W sumie życie w buszu nie byłoby takie złe" - przeszło jej przez myśl.
- Grace, idziesz?! 
- Idę, idę - odwrzasneła dziewczyna.
Włożyła wielki zielony sweter pasujący do jej oczu. Do tego czarne  rurki i czarne glany. Po czym pobiegła do kuchni gdzie czekała jej mama. Zlustrowała ją wzrokiem i spytała:
- Nie mogłabyś się raz ubrać jak prawdziwa dziewczyna?   
- Nie odburkneła Grace i sięgneła po butelkę wody.
- Musisz być bardzo podekscytowana - powiedziała jej mama z uśmiechem.
- Bardzo -odpowiedziała dziewczyna z sarkazmem którego jej mama zdawała się nie zauważać. Kobieta cała w skowronkach pobiegła przygtować się do pracy. Nagle Grace usłyszała westchnienie za swoimi plecami. Dopiero teraz zauważyła swojego braciszka Alana. Miał na sobie białą koszulę i czarne spodnie. Swoje niebieskie oczy i blond włosy odziedziczył po mamie:
- Musisz jechać? - spytał posępnie
- No niestety - odpowiedziała Grace
- To kto mi będzie pomagał odrabiać zadania? - spytał
- Może Zuzanna albo Robert? - powiedziała dziewczyna choć nie liczyła zbytnio na starsze rodzeństwo.
- Ale Roberta nigdy nie ma, a Zuza jedzie na studia - tłumaczył jej powoli.
- A no tak - odpowiedziała. "No fakt przecież Zuzanna w tym roku rozpoczynała studia a Alanek szedł do pierwszej klasy. Dobrze chociaż, że Robertem nie musze się martwić" - pomyślała. Jej starszy brat zawsze albo robił próby z chłopakami z zespołu albo słuchał sobie czegoś na słuchawkach. Ich mama uważała, że chłopak rujnuje sobie przyszłość ale Grace uważała, że po prostu robi to co sprawia mu przyjemność i wiedziała, że ich tata myśli tak samo:
- Mam nadzieję, że fajna będzie ta twoja szkoła - powiedział Alan próbując pocieszyć siostrę.
- Ja też - szepneła Grace
- Hejka - powiedziała Zuzanna wchodząc do kuchni szybkim krokiem. Swoje długie, ciemnoblond włosy spieła w kok. Jak zwykle miała perfekcyjny makijaż. Ubrana była w kremową sukienkę do kolan i błękitny sweterek, do tego oczywiście buty na obcasie. Zuzanna wybierała się na studia plastyczne. Od małego pięknie malowała. Miała charakterek i lubiła dopiec ale była też wyrozumiała i pomocna:
- Piękny dzisiaj mamy dzień nieprawdaż - powiedziała melodyjnym głosem. W jej niebieskich oczach widać było iskierki radości. Na pierwszy rzut oka można było zauważyć jak cieszy się na myśl o studiach plastycznych. Ona zawsze wszystko tak przeżywała.
- Bardzo - odpowiedziała Grace. Zuzanna jednak wyczuła sarkazm i rzuciła siostrze zdziwione spojrzenie.
- Siemka - powiedział ich tata wchodząc do pokoju po czym ziewnął. Robert, Grace i ich tata wyglądali prawie tak samo. Szatynowe włosy, zielone oczy i bladość - to były ich znaki rozpoznawcze. To tego prawie we wszystkim się zgadzali i czasem nawet kończyli za siebie zdania. Zawsze dobrze im się razem rozmawiało i milczało. Natomiast Zuzanna, Alan i ich mama byli do siebie podobni tylko z wyglądu.
- Hej - powiedział Robert stając w wejściu do kuchni bo w środku było już mało miejsca. Miał grzywkę opadającą na jego zielone oczy. Zawsze nosił kolorowe czapki i czarne podkoszuleki. Do tego podarte jeansy i czarne trampki. Jak na dwudziestolatka spędzającego większość czsu w mało aktywny sposób był świetnie zbudowany. Podobnie jak tata miał zarost, którego nigdy nie golił ale który też nigdy nie przeradzał się w brodę. Chwilę później do kuchni wbiegła mama Grace jak zwykle od razu zaczęła wydawać polecenia:
- Ja odwiozę Zuzannę na dworzec i pojadę z Alankiem na rozpoczęcie roku szkolnego - mówiła przeżuwając bułkę z serem.
- A ty odwieziesz Grace do nowej szkoły - powiedziała do taty.
- A ja generale? - spytał Robert ze śmiechem. Grace i ich tata roześmiali się ale jej mama powiedziała tylko:
- Ty rób co chcesz. Po czym wyszła żegnając się ze córką. Zuzanna i Alan uściskali siostrę mnie i pobiegli za nią. Gdy Grace została z tatą i Robertem sami z trudem powstrzymali śmiech. Ich tata dopił herbatę, a Robert wziął bagaż Grace po czym wyszli. Dziewczyna wsiadła z jej tatą do czarnego Nissana:
- Mogę jechać z wami? - spytał Robert
- Chcę zobaczyć to więzienie Grace - dodał z przekąsem
Dziewczyna rzuciła mu spojrzenie pogardy ale jej tata powiedział tylko:
- No pewnie.
Grace usiadła z tyłu. Lubiła to miejsce bo zawsze mogła się położyć. Robert usiadł na miejscu pasażera, a tata za kierownicą.
W radio leciały jakieś wiadomości więc Robert włączył jego ulubioną płytę. Muzyka uspokajała Grace. Dziewczyna zamkneła oczy i rozmarzyła się. Po jakimś czasie usneła.
  Śniło jej się to samo co w nocy. Stała w jakimś ciemnym korytarzu wzdłuż którego ciągneły się setki drzwi. Wszystki były zamknięte, a czuła że coś ją śledzi. Nie miała rzadnej drogi ucieczki. W chwili gdy była już blisko paniki zaczynała słyszeć kroki. Ktoś się do niej zbliżał. Z przerażeniem wpatrywała sie w ciemność z której słyszała ten dzwięk. I wtedy z cienia wyłaniał się on. Chłopak o białych włosach i żółtozielonych oczach. Gdy do niej podszedł jego źrenice zwęziły się jak u kota. I wtedy się obudziła:
- Młoda, jesteśmy - powiedział Robert.
Dziewczyna wyprostowała się i spojrzała przed siebie. Stała tam wielka żelazna brama. Kojarzyła się Grace bardziej z XIX niż XXI wiekiem. Pręty bramy wyginały się tworząć napis - St. Anthony.       

 

 

No to zaczynamy!

Nigdy nie zastanawiałam się nad założeniem bloga. Jednak ostatnio koleżanka mnie na to namówiła. Blog będzie poświęcony ciekawej szkole do której uczęszczają  wyjątkowi uczniowie. Proszę o komentowanie ;)